Nogi się pode mną ugięły. Tak po prostu ustalili moją przyszłość. A ja naiwna myślałam, że choć pokój w tym domu będzie mój. A oni – do sąsiada, a klucze do kieszeni.

Bywam czasem u pana Władysława, sąsiada-wdowca. Herbatkę razem pijemy, rozmawiamy, wspominamy młodość. Ale mieszkać z nim? I to z przymusu? To byłoby upokorzenie.
Siedzę i myślę: może jednak sprzedać mieszkanie? Dać te pieniądze synowi? Może rzeczywiście znajdzie dla mnie miejsce, nie zostawi mnie?
Ale potem patrzę na synową i przypominam sobie jej słowa… I czuję lęk: a jeśli mnie wyrzucą? Jeśli każą znów jechać na tę zimną działkę i powiedzą „dziękujemy”?
Wkrótce kończę siedemdziesiąt lat. Nie chcę skończyć na ulicy. Nie chcę być bezradną staruszką, przerzucaną z kąta w kąt. Nie chcę umierać w zimnym domku, pod kocem, z myszami pod podłogą. I na pewno nie chcę być ciężarem dla mojego syna i jego żony.
Chcę po prostu spokojnej starości. We własnym mieszkaniu. W swoim łóżku. Tam, gdzie wszystko znam. Gdzie nie boję się zasnąć.
Tak, jestem matką. Ale przede wszystkim – jestem człowiekiem.
Lees verder door hieronder op de knop (VOLGENDE 》) te klikken !